SYN CZŁOWIECZY
„Skoro Pan, Bóg Izraela, stanął przed nami i ukazał nam swoją bezwzględną wierność naprawdę i ostatecznie w tym jednym człowieku: Jezusie, Jego człowieczeństwo jest człowieczeństwem Bożym i w ten sposób ostateczną drogą poznania Boga samego. Wbrew pozorom nie jest to stwierdzenie dla wszystkich wierzących w Chrystusa zawsze i zupełnie oczywiste. Spotykało się ono też i nadal spotyka z mniej lub bardziej wyraźnym oporem ludzi, którzy skądinąd uważają się za wiernych chrześcijan. Jednym wydaje się rzeczą nie do przyjęcia, żeby Bóg mógł stać się człowiekiem: mógłby - sądzą - co najwyżej przyjąć człowieczeństwo jako coś dodatkowego, jako środek i narzędzie porozumienia się z człowiekiem, który potrzebuje także zewnętrznej naoczności, aby mógł sobie uprzytomnić prawdę o niewidzialnej, duchowej rzeczywistości Boga. Inni nie zgadzają się nawet z tak zredukowanym rozumieniem „Bożego człowieczeństwa": Bóg - wydaje mi się - musi pozostać całkowicie poza i ponad zmiennością i przypadkowością tego, co ludzkie, inaczej nie byłby Bogiem. Oba te poglądy w postaci teoretycznej występuje stosunkowo rzadko, chociaż można je spotkać w pierwszych wiekach chrześcijaństwa w ramach ruchu gnostyckiego w formie tzw. Doketyzmu, czyli przekonania o jedynie pozornym charakterze ludzkiego ciała Chrystusa(gr. dokeo - zdaje mi się). Są one jednakże dość wyraźnie obecne w podświadomości religijnej wielu współczesnych chrześcijan, zwłaszcza tych, którzy bardzo zdecydowanie wierzą w bóstwo Chrystusa, w równocześnie silnie przezywają rozziew między (skażoną, naznaczoną grzechem i złem) rzeczywistością ludzką o doskonałą i absolutnie wzniosłą rzeczywistością Bożą.
Sprzeciw, czy choćby tylko mimowolne lekceważenie okazywane prawdzie o człowieczeństwie Chrystusa, jest jednak takim samym zamachem na istotę chrześcijańskiego wyznania wiary jak zakwestionowane prawdy o Jego bóstwie. Jezus sam nazywał się Synem Człowieczym. Tytuł ten jest w perspektywie naszej dzisiejszej wiary w Niego z pewnością czymś więcej niż tylko tradycyjnym tytułem mesjańskim. Niezależnie od tego, jaka była wymowa tego imienia dla bezpośrednich słuchaczy Jezusa, dla nas jest ono tym wszystkim, czym było dla nich , i ponadto wyznaniem prawdy o jego pełnym człowieczeństwie. Musimy więc zwrócić szczególną uwagę na te dwa słowa „pełne człowieczeństwo".
W Panu Jezusie Bóg sam stał się człowiekiem: był i jest wśród nas jako człowiek - i w tej Jego ludzkiej obecności nie ma i nie może być nic nadludzkiego czy nieludzkiego. Także jego ludzka doskonałość jest doskonałością człowieka, a nie nadludzką absolutnie nieosiągalnego ideału. „Nie takiego bowiem mamy arcykapłana , który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz doświadczonego we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu" (hbr4, 15). Mogłoby się wydawać, że właśnie to „z wyjątkiem grzechu" stawia między nami a Nim jako człowiekiem nieprzekraczalną granicę wynosi Jego człowieczeństwo ponad to, co zwyczajnie ludzkie, skoro grzech wydaje nam się tak bardzo ludzką sprawą, że prawie nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie człowieka bez grzechu. Jest to jednakże w gruncie rzeczy tylko nasza, subiektywna trudność. Jej najważniejszym źródłem jest to, ze do naszego doświadczenia i obrazu człowieczeństwa należy nasz własny grzech, a więc i nasze stałe uwikłanie w sprzeciw człowieka wobec Boga. Wobec płynącego stad ludzkiego pesymizmu orędzie Jezusa, Syna Człowieczego, brzmi: być człowiekiem to nie znaczy koniecznie być grzesznikiem; grzech należy niewątpliwie do ludzkiej historii, ale nie należy do niej nieodwracalnie; możliwa jest w pełni ludzka historia, w której nie ma już miejsca na grzech.
Jest jednak jeszcze jeden powód, dla którego zupełnie bezgrzeszne człowieczeństwo może się nam wydać czymś nadludzkim. Powodem tym jest (często nieświadome albo tylko niezupełnie świadome) skojarzenie grzechu z ciałem i związane z tym przeżycie spraw ludzkiej cielesności jako spraw, których nie przystoi łączyć zbyt wyraźnie ze wzniosłym światem spraw Bożych. Oczywiście nie możemy nie zauważyć realnych podstaw tego skojarzenia w społecznej i osobistej historii ludzkiego sprzeciwu wobec Boga: nie możemy też nie zauważyć przemian, jakim w poszczególnych epokach ulega siła przeżycia grzeszności ciała i związanego z nim (także pozytywnego!) przeżycia wstydliwości i wstydu. Nie powinno nam to jednak w najmniejszym stopniu przesłonić prawdy o tym, że w Jezusie, Synu Człowieczym, Bóg sam przyjął ciało, a więc i wszystkie sprawy ciała, „z wyjątkiem grzechu"; dalej: że „przyjął ciało z Maryi Dziewicy" - to jest zachowując i podnosząc te wartości piękna i godności ludzkiego ciała, których zewnętrznym wyrazem jest powszechne uznanie dla dziewictwa i dla macierzyństwa -i wreszcie: że stało się to „za sprawą Ducha Świętego", co w porządku spraw ludzkich oznacza zniesienie przezywanej przez wielu tak silnie granicy „nieprzystojności" oddzielającej sprawy ciała od spraw ducha. Zniesienie to dokonuje się wtedy, kiedy zostaje pokonana w nas ta dwuznaczność spraw ciała, która pojawia się wszędzie tam, gdzie pojawia się grzech. To właśnie dokonało się w Maryi, dziewicy i matce Syna Człowieczego i dlatego też Ona - właśnie i także jako kobieta, dziewica i matka - jest „Oblubienicą Ducha Świętego" , przyjętą z całym Jej ludzkim życiem, z ciałem i duszą, do tego nowego świata, w którym ukazuje się pełnia człowieczeństwa „bez grzechu i skazy".
„Pełnia człowieczeństwa" nie oznacza jednakże nadzwyczajnej wolności od zwyczajnych ograniczeń ludzkiego życia związanych nie tylko z warunkami czasu i miejsca, w którym żyje każdy i ten właśnie jedyny człowiek, ale także i przede wszystkim z naturalnymi granicami możliwości poznania i działania każdego i tego właśnie jedynego człowieka. Wyznanie wiary w Syna człowieczego oznacza więc zgodę na to, że jako człowiek On także podlega takim ograniczeniom: że także i właśnie w nich jest prawdziwym i pełnym człowiekiem".
Źródło: Tomasz Węcławski, Elementy chrystologii, Księgarnia Św. Wojciecha, Poznań 1988, s.12- 14.






