KARDYNAŁ HUZAR: JAN PAWEŁ II DOKONAŁ CUDU ZJEDNOCZENIA UKRAINY
Podczas swej pielgrzymki na Ukrainę
w 2001 r. papież Jan Paweł II dokonał cudu zjednoczenia ludu
ukraińskiego - wspomina w rozmowie z PAP kardynał Lubomyr Huzar, który
do niedawna stał na czele Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego.
77-letni duchowny ustąpił ze stanowiska w lutym ze względu na wiek i stan zdrowia.
Kościół greckokatolicki, który na Ukrainie liczy obecnie ponad 5
milionów wiernych, powstał w roku 1596 w wyniku zawarcia Unii Brzeskiej.
Większość ówczesnych ukraińskich biskupów prawosławnych zgodziła się
na ponowne uznanie zwierzchnictwa Watykanu, czyli na powrót do sytuacji
sprzed 1054 r.
PAP: Księże kardynale, czy pielgrzymkę Jana Pawła II na Ukrainę w 2001 r. można traktować w kategoriach pewnego cudu?
Kard. Lubomyr Huzar: Cud w procesie beatyfikacyjnym oznacza konkretną
osobę, która w wyniku cudu odzyskała pełnię zdrowia, lecz zdarza się
też, że dochodzi do cudu o charakterze społecznym. Za taki cud uważam,
na przykład, rozpad Związku Radzieckiego; był w tym palec boży. Wizyta
Sługi Bożego Jana Pawła II na Ukrainie była cudem w swoich następstwach.
Sam przyjazd, jego uwarunkowania to rzeczy proste. To, co naprawdę
trudno wyjaśnić, to przebieg tej wizyty i jej efekty, czyli to,
co pozostało po pielgrzymce w ludzkich duszach. Tego się nie da
obliczyć, tego nie można było przewidzieć. Wymiary tej wizyty
przekroczyły wszelkie oczekiwania. Nikt nie oczekiwał, że ta wizyta
będzie miała taki wpływ na Ukrainę.
Na tę wizytę akredytowało się ponad dwa tysiące dziennikarzy spoza
Ukrainy. Już samo to było ogromnym wydarzeniem dla tego kraju, ale ja
zapamiętałem, jak ludzie garnęli się do papieża, jak chcieli odczuć jego
bliskość, jak szczerze pragnęli wspólnej z nim modlitwy. I nie było to
coś formalnego, nie było to zorganizowane. Papież przybył tutaj jako
katolik i garnęli się do niego katolicy. Ale ilu prawosławnych, ilu
przedstawicieli innych wyznań chciało przy nim być! To są te chwile,
które często się nie zdarzają. Ludzie odczuwali tę energię, która
płynęła od Jana Pawła II. Na jego msze przychodziły miliony, choć
w takim Kijowie nie ma przecież aż tylu katolików. Ludzie
nie przychodzili z ciekawości. Oni chcieli fizycznie uczestniczyć w tych
mszach, szli, by się zjednoczyć. Jest w tym oznaka cudu.
PAP: Na Ukrainie odczuwało się jednak wtedy jakiś strach przed tą pielgrzymką...
Kard. Huzar: Wydaje mi się, że istniała pewna grupa
cerkiewno-polityczna, która wprost obawiała się przyjazdu Jana Pawła II.
Były ku temu przyczyny. Przecież do tego czasu na Ukrainie ani jeden
polityk i ani jeden dostojnik kościelny nie był w stanie zebrać wokół
siebie 1,5 miliona ludzi. Obawiano się, by wpływ papieża na ludzi
nie okazał się za duży, by - nie daj Boże - Ukraina nie stała się
jeszcze na dodatek katolicka. Byli ludzie, którzy przychodzili
pod Nuncjaturę (Apostolską w Kijowie - PAP) modlić się, by papież
nie przyjechał, i oni doskonale wiedzieli, czego się obawiają, i mieli
rację, gdyż z ich punktu widzenia była to ogromna porażka. Okazało się,
że tu nie chodzi o podział katolicko-prawosławny. Tu chodziło o energię
ducha. Człowiek, który może zebrać na wspólną modlitwę tylu ludzi, coś
sobą reprezentuje. Takiego człowieka należy się bać - uważa pewna grupa
ludzi. Oni bali się, że papież przyjedzie na Ukrainę, będzie krzyczeć,
namawiać, przeklinać i Bóg wie co jeszcze. Jednak od pierwszego momentu
jego wizyty okazało się, że tak nie będzie.
Pamiętam, jak na lotnisku w Boryspolu (pod Kijowem - PAP) z samolotu
wyszedł stary, podpierający się laską człowiek. On nikomu nie groził.
Ani jednego słowa złego od niego nie usłyszeliśmy. Nie było w nim
agresji, nie było niczego, co wskazywałoby, że chce podbić te niby
prawosławne ziemie, czy nawracać prawosławnych siłą na katolicyzm. To
właśnie takich dobrych ludzi należy się bać, bo agresorów obawiać się
nie trzeba. I myślę, że ci, którzy protestowali przeciwko Janowi Pawłowi
II, mieli dobrą przyczynę do odczuwania strachu, bo to, co zobaczyli,
pokazało pustkę panującą w ich własnych sercach. Słowa, które
słyszeliśmy z ust papieża tutaj, na Ukrainie, zachęcały do miłości,
do życia wedle zapowiedzi Bożych. To było posłanie pokoju, dobra
i umiłowania.
PAP: Przygotowania do pielgrzymki na Ukrainę były trudne?
Kard. Huzar: Pamiętam, że choć Ojciec Święty odwiedził Ukrainę w czerwcu
2001 r., to ostateczne potwierdzenie, że do wizyty dojdzie,
otrzymaliśmy dopiero w styczniu (2001 r.). Jego życzenie przyjazdu
na Ukrainę było całkiem naturalne. Warunki dla pielgrzymki były trudne.
Były pewne elementy, dość wpływowe, które bały się tego przyjazdu
i dlatego się mu przeciwstawiano. Sam byłem świadkiem, jak Jan Paweł II
mówił: "Jestem taki wdzięczny prezydentowi (Leonidowi) Kuczmie (w latach
1994-2005), że mnie zaprosił". My, jako hierarchia - czy to
rzymskokatolicka, czy greckokatolicka - zapraszaliśmy go znacznie
wcześniej. Ostatecznie, kiedy nadeszło zaproszenie państwowe, które było
bardzo ważne, można było rozpocząć przygotowania. Mieliśmy na nie mało
czasu, lecz z pomocą Bożą zdążyliśmy na czas.
PAP: Czy Ukraina zmieniła się po tej pielgrzymce?
Kard. Huzar: Długie lata po wizycie ludzie - i ci prości i ci pełniący
odpowiedzialne funkcje - wspominali przyjazd papieża. Te rozmowy były
całkowicie spontaniczne. Czy coś się zmieniło? Trudno powiedzieć, tego
nie widać na zewnątrz, ale że w duszach ludzi pozostał ślad, w to
nie wątpię. We wspomnieniach o tej wizycie mówi się, jak o czymś
niebywałym, o czymś, co było wstrząsem. Trudno to zmierzyć, ale coś się
stało w ludzkich duszach.
PAP: Jaki był stosunek Jana Pawła II do Ukrainy?
Kard. Huzar: Papież bardzo interesował się Ukrainą, chciał wiedzieć,
co się tutaj dzieje. Przypominam sobie czasy przed 1990 rokiem, gdy
Kościół na Ukrainie był jeszcze prześladowany. Papież zawsze
dopytywał się o Ukrainę i wiem, że miał ludzi, którzy informowali go
o sytuacji wewnątrz ówczesnego ZSRR. Zapamiętałem też, że papież pytał
kogoś, czy są tutaj biskupi. Odpowiedziano mu, że są. "A, jeśli
są biskupi, to Kościół tam się nie załamie" - powiedział wtedy.
Gdy tutaj przyjechał to - moim zdaniem - uczynił dwie rzeczy, które
pozwoliły mu zbudować zaufanie. Po pierwsze, przemawiał w języku
ukraińskim, który nie był dla niego językiem normalnej, codziennej
komunikacji. Wiem, że ciężko pracował, by wygłaszać swe przemówienia
poprawnie. Nawet gdy odczytując przemówienie pomylił się w jakimś
słowie, powtarzał je, by naprawić błąd. To wywołało kolosalne wrażenie.
Druga sprawa to to, że mówił do nas kategoriami, które pokazują głębię
słowiańskiej duszy, charakterystycznej dla narodu polskiego, dla narodu
ukraińskiego. Mówił o miłości w rodzinie, miłości do ziemi, do ojczyzny.
Do naszych ludzi to przemawia. Wskazywał na tę głęboką wspólnotę
i kiedy ludzie słyszeli od niego: kochajcie ojczyznę, kochajcie swoją
ziemię, budujcie, to odbierali go jako osobę, która żyje tymi
wartościami, co i oni.
PAP: Ukraińscy katolicy, wierni Kościoła greckokatolickiego oczekiwali,
że Jan Paweł II spełni ich nadzieje i podejmie sprawę utworzenia
Patriarchatu Kijowskiego, który w tradycji Kościołów wschodnich jest
najwyższą autonomiczną jednostką administracyjną, tak się jednak
nie stało.
Kard. Huzar: Tak, to prawda, ale mam nagranie, na którym grupa biskupów -
i ja z nimi - podczas wizyty u Ojca Świętego wspomnieliśmy
o patriarchacie. Papież, odpowiadając, powiedział: "Szanuję was za waszą
świętą natarczywość". Pochwalił tę natarczywość. Ta sprawa nie była mu
obojętna i nie mam najmniejszej wątpliwości, że tego chciał. Niestety,
warunki do tego jeszcze nie nadeszły. Jan Paweł II rozumiał nasze
pragnienia. Że tego nie zrobił... nie osądzamy go za to, choć bylibyśmy
bardzo zadowoleni. W pewnych kręgach istnieje strach, że nasz
patriarchat zachwiałby naszymi strukturami, że nadanie tego patriarchatu
w jakiś sposób mogłoby nas oddzielić od Stolicy Apostolskiej. Te obawy
wciąż są żywe. Papież był tego świadom i odczuwał za to
odpowiedzialność.
Z Kijowa Jarosław Junko
Źródło: PAP







