Strona główna » Aktualności » Metropolita Szeptycki:w obronie zasad, w dobie próby...

Metropolita Szeptycki: w obronie zasad, w dobie próby...



Autor: Ryszard Torzecki

Wydarzenia ostatnich dwóch lat ożywiły zainteresowanie problemami ukraińskimi. Publicystka w tym zakresie bywa trafna, lecz często mija się z prawdą. Dotyczy to zarówno teraźniejszości, jak przeszłości. Sprawę komplikuje fakt, że problematykę najnowszej historii Ukrainy podejmuje niewielkie grono historyków. Zdarza się, że badania nie dotykają zasadniczych problemów, ich przyczyn i skutków, czasami są żenująco płytkie; za to ich wyniki zawierają bogaty arsenał wzajemnych oskarżeń... 

 

Najnowsza historia Ukrainy, a zwłaszcza stosunków polsko-ukraińsko-niemieckich, z reguły ulega uproszczeniu, zniekształceniu, a nawet bywa fałszowana. Sytuację pogarsza fakt, że „armii" uczonych badających problemy niemieckie, w tym stosunki polsko-niemieckie, można przeciwstawić niewielu historyków z prawdziwego zdarzenia, zajmujących się stosunkami polsko-ukraińskimi. Gra tu swą rolę dotychczasowa waga zagadnienia, ale też uprzednia, szkodliwe dla sprawy emocje, jakby dziesiątkami lat zakodowana wrogość, swoisty nacjonalizm. 

 

Do dziś w społeczeństwie polskim i ukraińskim, zwłaszcza byłych województw południowo-wschodnich II Rzeczypospolitej, mamy do czynienia z emocjami narosłymi w wyniku doznanych - rzeczywistych bądź urojonych - krzywd. A jeśli strony skłonne są do pewnej przychylności, to raczej do pustych, bez pokrycia deklaracji niż do wybaczenia sobie krzywd wyrządzonych od ostatnich dziesięcioleci XIX w. do współczesności. Sprawy przybierają zły obrót, choć jest już pewna poprawa, gdyż, jak widać, Ukraina, „wybija się na niepodległość". Do niedawna wołanie o pojednanie było „wołaniem w puszczy". Zaślepienie stron pchało je do postaw nacjonalistycznych, w oficjalnych wypowiedziach jedynie pozorowano chęć ugody. Działo się tak, jakby (dostrzegano wzniosłego i korzystnego celu ugody. I jeśli tak ktoś przedstawiał sprawę, zaprzeczano temu, zakrzykiwano go różnymi argumentami.  

 

Ostatnio poczęto domagać się, aby nad tym, co było, przejść do porządku dziennego, aby „nowy kurs" ująć w programach szkolnych, szybko naprawiać to, co dawniej „napartolono". Stawiam jednak pytanie - skąd szybko wziąć rzetelny, nie preparowany materiał historyczny? Historiografia kwestii ukraińskiej była i jest nadal bardzo ubożuchna. Starcza tego na dobrą nawet publicyś­cie nie na historię. Spójrzmy choćby na jeden z najciekawszych tematów - sprawę Metropolity Szeptyckiego w czasach drugiej wojny światowej. Brak jest poważnego, szerokiego opracowania na ten temat, choć różnych artykułów i wypowiedzi, często szkalujących tę wybitną postać, nie brakuje. Nie miejsce tu na szerokie rozważania, a tym bardziej na polemikę. Przyjrzyjmy się jednak faktom i ocenom.

 

 Zacznę od przytoczenia dwóch wielce znamiennych opinii, wypowiedzianych przez czołowych przedstawicieli naszego Kościoła katolickiego. Oto one: „Ksiądz Arcybiskup Szeptycki to wielki świętobliwy człowiek. Przez jego ręce przepływają znaczne fundusze Stolicy Apostolskiej nie tylko na pomoc dla duchowieństwa polskiego, nie tylko dla Żydów, których sporo ukrywały klasztory greckokatolickie, ale i dla polskiego ruchu oporu, czyli Armii Krajowej. Oprócz pieniędzy Watykanu na te trzy cele tą drogą dochodzą i inne skądinąd. Księdza Arcybiskupa Szeptyckiego spotkała ze strony Polaków niejedna małość i krzywda, tym godniejsze podkreślenia jest jego dzisiejsze stanowisko. To wielki świątobliwy człowiek. Zdziała wiele dobrego". Po chwili zadumy dodał:,, Tak, nic umieliśmy prowadzić mądrej polityki Wobec Ukraińców, owocem tego są tragiczne i bratobójcze rzezie na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Może kiedyś oba narody lepiej zrozumieją swe błędy i głębiej odczują wspólność losu..." Te słowa padły z ust ks. kardynała Hlonda, Prymasa Polski. Przekazał je w swej relacji Andrzej Chciuk, członek delegacji polskiejYMCA, z rozmowy z Prymasem w klasztorze Hautecombe w Sabaudii, gdzie kardynał ukrywał się na przełomie 1943 i 1944 r. („Kultura", Paryż 1960/4, s. 150-151).    Druga wypowiedź miała pochodzić z ust kardynała S. Wyszyńskiego. Przytoczył ją A. Micewskl w swej pracy Kardynał Wyszyński, Prymas i Mąż Stanu (1985 r.) s. 185. Miała pochodzić z 17 grudnia 1958 r. Oto ona: „Podkreślił też, że ze względu na zaciekłe konflikty narodowościowe wszczęcie procesu beatyfikacyjnego arcybiskupa Szeptyckiego uważa za przedwczesne. Rozstanie Prymasa z Papieżem było nadzwyczaj serdeczne" (z Janem XXIII - R.T.). Oto dwa wielce Znamienne sądy i krańcowe oceny. Zamiast poddawać ostatni sąd krytyce, przyjrzyjmy się faktom. Już na to czas, aby ujawniać wielce skomplikowaną prawdę.  

 

W naszej literaturze, zwłaszcza komunistycznej, podobnie prezentowanej przez nacjonalistów (w tym galicyjskich), rozpowszechniano list metropolity z lipca 1941 r. witający żołnierzy Wehr­machtu we Lwowie, akcentowano rzekome milczenie metropolity w sprawie zabójstw Żydów i Polaków, insynuowano akceptację metropolity dla tworzenia dywizji SS „Galizien". Głośne stało się pomówienie nacjonalistów ukraińskich o mord profesorów lwowskich i krzemienieckich. Miał on być dziełem jednostki „Nachtigall", zwerbowanej przez Abwehrę, której przedstawicieli przyjął metropolita. A spójrzmy, jak wyglądała prawda: metropolita Szeptycki od początku działalności duszpasterskiej na szczeblu diecezjalnym, tj. od początku XX wieku, był orędownikiem pracy organicznej w swoim społeczeństwie, na rzecz której optował, i zdecydowanym przeciwnikiem stosowania terroru w życiu społeczno-politycznym. Dawał temu wielokrotnie wyraz w swych pismach i kazaniach.  Uważał, i to podkreślał, że terroru nie da się pogodzić z chrześcijańską nauką społeczną, terror przeszkadza budować, jest czynnikiem destrukcyjnym i minującym. W Polsce nikt tak mocno i tak często tego nie akcentował. Życie postawiło go wobec bezprzykładny w historii aktów terroru obu okupantów. Prosił nawet papieża, aby zezwolił mu na oddanie życia w obronie zasad etycznych i wiary. Później jednak zgodził się z papieżem, że ofiara z jego życia w rzeczywistości bolszewickiej nie przyniosłaby nic dobrego, byłaby daremna i więc szkodliwa, zabrakłoby bowiem autorytetu, który przeciwstawiałby się złu w przyszłości. Na wewnętrznych synodach duchowieństwa greckokatolickiego głosił więc jedynie konieczność zachowania wierności nauce Chrystusa. Musiał czekać i patrzeć bezsilnie na terror sowiecki, stosowany wobec Ukrainy Zachodniej. Równocześnie był wyraźnie nie doinformowany co do dróg, jakimi później polityka hitlerowców do nie znanego dokładnie celu Trzeciej Rzeszy. 

 

 W tych to warunkach metropolita, który był zawsze zwolennikiem rewizji traktatu wersalskiego, jak wielu jego rodaków liczył, iż w interesie niemieckim leży reaktywowanie państwowości ukraińskiej i dlatego jako przeciwnik bolszewizmu witał Wehrmacht jako wyzwolicieli. Szybko jednak przekona się, jak złudne były nadzieje Ukraińców na wolność, że hitlerowcy są jeszcze straszniejsi niż bolszewicy i jeszcze w grudniu 1941 r. opracował zalecenia budowy własnego państwa. Przełom 1941 r. na 1942 r. był jednym z najbardziej pracowitych okresów w jego życiu.   Pojąwszy istotę i cele walki hitlerowców przeciwstawiał się im konsekwentnie, opierając się na zasadach i nauce Kościoła (zwłaszcza na encyklikach Leona XIII). Dostosował je do warunków wschodnich. Właśnie w grudniu 1941 r. przedstawił te założenia w znanym liście pasterskim pod nieoficjalnym tytułem „O budowie domu ojczystego", a nazwanym listem „Do duchowieństwa". List ten był znany już na początku 1942 r. kierownictwu polskiego podziemia i omówiony w raportach Biura Informacji Propagandy AK. W tym też czasie był on omówiony w szerszym kręgu zaufanego duchowieństwa, po czym przedostał się do wiadomości szerszych jego kręgów. Była to opcja na rzecz racjonalnie pojętej demokracji, odrzucenie formy władzy autorytarnej, a zwłaszcza dyktatorskiej. Postulował oparcie się na formach szerokiego przedstawicielstwa społeczeństwa, przy zachowaniu społecznej nauki Kościoła, jego jedności, lecz nie sztucznie osiąganej, ale w drodze porozumienia. 

 

 Tę myśl rozwijał także w dalszych wystąpieniach. Podkreślał konieczność zachowania tradycji wschodniej, widział w niej bowiem ważny nośnik kultury („ex oriente lux"). W sprawie jedności Kościoła zwrócił się do wyższej hierarchii duchowej prawosławia w grudniu 1941 r. W tym samym okresie (według meldunków AK), a według oficjalnej daty w marcu 1942 r., zwrócił się do prawosławnej inteligencji. W tym ostatnim wystąpieniu podkreślał nawet, że zwierzchnikiem złączonego Kościoła powinien być duchowny ze Wschodu, stwierdził, że tej godności nie pragnie dla siebie, m.in. również z uwagi na wiek i stan zdrowia. 

 

 Temu wielkiemu kapłanowi nie oszczędzono różnych potwarzy. Z kolei polscy nacjonaliści zwalczali go zajadle nawet po śmierci. Metropolita Szeptycki nie mógł znać tajnej instrukcji Heydricha z sierpnia 1941 r. o postępowaniu Służby Bezpieczeństwa wobec Kościołów na Wschodzie. Wiedział tylko, że na Wschodzie żadna hierarchia nie sięgała poza teren, który zamieszkiwała, że utrudniano działalność każdemu kościołowi, a tym bardziej duchownym z zewnątrz. Zwrócił się więc w marcu 1943 r. do kardynała Eugene Tisseranda, przewodniczącego Kongregacji Wschodniej Kościoła, z pytaniem, czy jego jurysdykcja zgodnie z pierwotną nomenklaturą sięga na teren Kamieńca Podolskiego, gdyż wówczas usiłowałby działać na tym terenie, traktując go jako przyczółek. Do tego bowiem czasu jego wysłanników-księży w najlepszym przypadku relegowano, częściej zaś aresztowano i zabijano. Ze strony prawosławia okazywano unitom niechęć, którą hitlerowcy wykorzystywali jako konieczność eliminowania działalności Kościoła katolickiego. Była to nieprawda, lecz hitlerowcy wykorzystywali każde sprzeczności, aby stronom ,,dołożyć" zgodnie z zasadą jedem das Seine. Rzym natomiast nie godził się na przywracanie tradycyjnych sprzed wieków jurysdykcji, aby nie zaogniać ostatecznie trudnej sytuacji.  

 

Ludobójstwo hitlerowców rozpoznał metropolita już wkrótce , jak Einsatzgruppen C i D oraz Einsatzkommando dr Schongartha, który miał właśnie na sumieniu wytępienie inteligencji we Lwowie i całej Ukrainie Zachodniej, rozpoczęły swe krwawe żniwa. I wtedy nie zawahał się potępić tej działalności i grabieży. Powiedział to wręcz Gubernatowi Galicji dr. Karłowi Laschowi, jednemu z największych łotrów i złodziei na tym terenie. W marcu 1942 r. w liście Ordynariatu, odczytanym z ambon, zabronił współdziałania w mordowaniu i wezwał młodzież ukraińską, aby powstrzymała się od wstępowania do jednostek przestępczych, groził anatemą. W końcu sierpnia 1942 wysłał list do papieża, w którym powiadomił go o falach dokonywanych morderstw w Galicji i na Wschodzie. Był jednym z pierwszych, który to uczynił. Uważał, że hitlerowcy dokonują większych przestępstw aniżeli bolszewicy. Wtedy to przyznał się do błędnej ich oceny oraz podkreślił, że papież miał rację, kiedy go powstrzymał od ofiary, jaką  gotów był uczynić z życia, które w świetle nowych wydarzeń należało jak najbardziej zachować.  

 

Protestował też w sprawie wydarzeń na Wschodzie i nowego podziału ziem ukraińskich. Własnych polityków i społeczeństwo wzywał do jedności społecznej, politycznej i religijnej. Jeszcze w listopadzie 1942 r. opublikował skonfiskowany list „Ne ubyj" (Nie zabijaj), tak szeroko omawiany w raportach polskiego podziemia, zwłaszcza BIP. Wystąpienia te kierował głównie. Choć nie tylko, w obronie. Żydów. Choć metropolita w żadnym liście nie określał narodowości, w których obronie stawał, wszyscy wiedzieli, o kogo chodzi. W ten sposób zachowywał uniwersalny charakter obrony w obliczu popełnianych zbrodni. Podobny charakter miały trzy następne listy (1943 r.), z których dwa były skierowane do mieszkańców jego metropolii.  

 

Lipcowe wystąpienie było inspirowane przez polskie podziemie i w całości było przedrukowane w katolickim organie Frontu Odrodzenia Polski  „Prawda", miało na celu powstrzymanie walk bratobójczych, przeciwstawienie się mordom i terrorowi. Mylne są sądy, że metropolita uzależnił wydanie tego listu od podpinaniu go przez biskupów polskich. Szeptycki takich warunków nie stawiał, choć zdumiony był brakiem aktywności biskupów polskich. Wyjątkowo dramatyczny, utrzymany w sty­lu „rejtanowskim", był list z listopada 1943 r. Nie znamy natomiast tekstu listu o tym samym charakterze z pierwszego kwartału 1944 r. Zachowała się jedynie wzmianka w raporcie, być może po udostępnieniu zbiorów AK, zachowanych w MSW lub innych prywatnych zbiorach, i ten tekst będzie znany.  Wiemy też, że pod koniec życia wzywał Ukraińska Armię Powstańczą (UPA) do zaprzestania walk.

 

Dlaczego uczynił to tak późno? Należy pamiętać, że walka metropolity w tym zakresie szła pod prąd dążeń ugrupowań ukraińskich nacjonalistów. Twierdzili oni, że są armią insurekcyjną, że walczą z wszystkimi, którzy sprzeciwiają się niepodległości Ukrainy, w tym Ukrainy Zachodniej. Popierała ich część kleru unickiego i prawosławnego, który, podobnie jak przywódcy tego ruchu, wywodził się z warstwy wiejskiej. Doznawała ona największych niespra­wiedliwości społecznych i narodowych. Stąd też metropolita nie był wysłuchiwany we wszystkim tak, jak na to zasługiwał, mimo że cieszył się dużym autorytetem.  Dopiero klęska walczących, jej ciężkie ofiary w ludziach i zasobach materialnych ukazały w całości słuszność drogi zalecanej przez metropolitę. Okazało się, że nie tylko Polak jest mądry po szkodzie..., ale podobnie jak u nas pozostała legenda heroicznej walki. Nikt nie może twierdzić, że walka ta musiała przybrać formę walki z ludnością cywilną. „Depolonizacja" pociągnęła skutki, jakich nie przewidywali przywód­cy ukraińscy. Nic nie wskazuje na to, że nacjonaliści ukraińscy chcieli świadomie wyniszczyć ludność polską na tamtych terenach. Zakładali, że pod wpływem zastraszania i terroru Polacy sami opuszczą Ukrainę Zachodnią. Ta walka wzmogła jedynie zło i wykopała jeszcze głębsze przepaści między bratnimi narodami. Zwycięzcami, którzy wyciągnęli z niej korzyści, byli bolszewicy i hitlerowscy okupanci. Tylko nieprzychylni metropolicie ludzie mogli dopatrzeć się tu winy samego metropolity. A że tak trzeba sprawę stawiać, świadczą jeszcze inne fakty.

 

Na przełomie 1942 i 1943 r., kiedy metropolita zorientował się, że Niemcy walkę przegrali i wykorzystują jedynie Ukraińców, zwrócił się do polskiego podziemia o wspólne rozmowy. Zaproponował też, aby opracować status terenów zamieszkanych przez ludność mieszaną. Te fakty potwierdził gen. Stefan Grot-Rowecki, kiedy zwrócił się do Londynu o instrukcję do rozmów z Ukraińcami. Od 1939 roku rząd polski zastrzegł dla siebie tylko prawo do poważnych dyskusji w tej sprawie.   Po porozumie się z Delegatem Rządu RP prof. Piekałkiewiczem (styczeń 1943) Rowecki zwrócił się w tej sprawie do Londynu. Sprawa przeciągnęła się aż do kwietnia 1943 r. W tym czasie, aż po koniec I półrocza 1943 r., zaszły w kraju i za granicą poważne zmiany, które też (poza pryncypiami politycznymi) przesądziły o losie całej sprawy. Łącznikiem między metropolitą a AK i Organizacją Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) był ks. prałat Osyp Kładocznyj. Do dziś nie można stwierdzić z całą  pewnością, że to on był sprawcą aresztowań wielu osób z kierownictwa podziemia delegackiego,  w tym poważnego zwolennika rozmów prof. Janem Piekałkiewicza, czy też za jego tropem szedł agent gestapo.  

 

Metropolita był inwigilowany przez Abwehrę i gestapo. Dostęp do metropolity był bardzo utrudniony, co potwierdził szef Oddziału II AK na Obszar III (Lwów). Sprawę badały później obie strony (polska i ukraińska) i pewności nie uzyskano. Jeśli zważymy, że w niedługim czasie poprzez inne kanały wpadli na trop gen. Grota-Roweckiego i aresztowali go, a gen. Władysław Sikorski zginął na Gibraltarze, natomiast uprzednio gen. Obszaru III Kazimierz Sawicki (Opór) ustąpił ze stanowiska dowódcy III Obszaru, to można stwierdzić, że zbieg okoliczności w dalszym etapie nie sprzyjał poważniejszym rozmowom polsko-ukraińskim. Gen. Tadeusz Bór-Kornorowski, delegat Jan Jankowski i nowy dowódca Obszaru III płk Władysław Filipkowski (ps. Janka) nie należeli do grona poważnie zainteresowanych rozmowami polsko-ukraińskimi, dodatkowo torpedowanymi przez Biuro Wschodnie Delegatury, endecję i Delegata Obszaru III prof. Juliana Czyżewskiego (ps. Orzechowicza).  

 

Mimo to metropolita popierał do końca negocjacje polsko-ukraińskie, które, niestety, przerwano w marcu 1944 r. Odtąd trwała konfrontacja aż po I47 r. Nie pomogły tu wysiłki BIP-u i Biura Narodowościowego. Osiągnięto już tylko w połowie 144 r. sui generis testament polityczny w postaci uchwały Prezesa (płk Rzepeckiego) w kwestii ukraińskiej. Było to zwycięstwo polskiej myśli liberalnych demokratów nad skostniałymi koncep­tami endecji. W wyniku polityki aliantów Polska nie zrealizowała koncepcji, o którą walczyła (Satus quo antę bellum), a metropolita też nie mógł zrealizować swej koncepcji o poprawnym współżyciu polsko-ukraińskim. Dawał temu wyraz w wypowiedziach (listach) do członków swej rodziny, być może, zostawił też jakiś własny szkic rozwiązania. Dziś na ten temat nic nie wiemy, poza wypowiedziami, ubolewaniem członków jego rodziny.   Lecz na tym nie kończyła się działalność polityczna metropolity. Z wypowiedzi do gen. gubernatora Otto Wächtera z początku 1943 r., na jaką autor natrafił w aktach Abwehry, wiemy, że zarzucił on szefowi dystryktu generałowi SS, że „hitlerowcy mordują, grabią, urządzają średniowieczne polowania na ludzi", wzywał Niemców nawet do zaniechania tej polityki. Czy mógł więc, jak chcą niektórzy kolaboranci, zgodzić się w dwa miesiące później na utworzenie ukraińskiej dywizji SS Galizien - należy wątpić, a znając jego osobowość wypada zdecydowanie zaprzeczyć.

  

Argumenty niemieckiej prasy w GG oraz podawane przez niemieckiego publicystę H. Stehlego, że metropolita widział w niej (dywizji) czynnik zabezpieczający przed anarchią, są zgoła niepoważne. N. Lewin, syn naczelnego rabina Lwowa, który ukrywał się u św. Jura, podobnie jak rabin Dawid Kahane ze Lwowa, późniejszy naczelny rabin W.P., odrzucają takie insynuacje, wysuwane przez przeciwników metropolity, liczących na nieznajomość faktów. Natomiast jako zwierzchnik Kościoła musiał zgodzić się na przydział do jednostek kapelanów, gdyż ludzie szli na wojnę i śmierć. Jest faktem, że niektórzy duchowni angażowali się w propagandowe uroczystości z uwagi na odmienne poglądy lub po prostu z obawy przeciwstawienia się Niemcom, ale czy metropolita wiedział o tym?   Może post factum o tym mu doniesiono. Jedni ludzie z jego otoczenia, jako o. redemptorysta Peters (Niemiec), szli za opór do obozów koncentracyjnych, inni, jak jego przedstawiciel w Berlinie prałat P. Werhun, współpracowali z Abwehrą.

 

Życie przynosiło metropolicie niespodzianki. Wiadomo, że ks. Kostelnyk i inni stali się w 1946 r. apostatami. I tak było. Zmęczony chorobą i walką zmarł metropolita LXI. 1944 r., a już w 1946 r. Stalin przy pomocy apostatów rozwiązał unicką Cerkiew ukraińską. Duchownych deportował do łagrów, lecz Cerkiew w podziemu ostała i ożyła silniejsza do nowego bytu. I można byłoby na tym zakończyć opis okresu swoistej próby przemiany wybitnego człowieka, erudyty, poligloty (władającego siedmioma językami, w tym greckim, łacińskim i hebrajskim) w kapłana czasów zmagań z totalitaryzmami.   Pisali o nim różni przedstawiciele nim różni przedstawiciele naszej społeczności, a wśród nich Stanisław Vincenz i jego syn, Piotr Dunin-Borkowski, Aleksander Hertz, rabin Dawid Kahane ze Lwowa, Jan Lechoń-poeta, przewodniczący Rady Głównej Opiekuńczej Adam Roniker i wielu innych ludzi. Zachował się w pamięci żywej jako ten, który szukał drogi pojednania nie tylko bratnich narodów, ale też pomostu bratnich kultur Wschodu i Zachodu. I on właśnie pozostawał latami przemilczany.

 

To swoiste milczenie, bo jak nazwać fakt, że w opracowaniach oficjalnych historyków dziejów Kościoła w Polsce w czasie II wojny światowej o duchownym tym, księciu Kościoła, jednym z najwybitniejszych, jak określali współcześni, jest głucho. Nie są to pouczania kogokolwiek, lecz są to stwierdzenia faktów, tak niezrozumiałych w dobie dochodzenia do niepodległości Ukrainy, o której marzył metropolita. A że słowa te są niestety adresowane - ha! Trudno! Czy to dla naszego kraju jest korzystne? Zwłaszcza, że tych publicystów, bo historykami trudno ich nazwać, którzy pamięć o nim czerpali, nie brakowało. Szczęśliwie, że nie byli to ludzie Kościoła. Trzeba też pamiętać, że brat Jego o. Klemens - studyta (Kazimierz Szeptycki) zginął za wiarę w jednym z łagrów sowieckich w 1951 r.    

 

 Źródło: DZIEJE NAJNOWSZE, ROCZNIK XXV - 1993, 1 PLISSN 0419 - 8824, s. 111-116

 

Opracowanie elektroniczne:IRENEUSZ KONDRÓW

Źródło: www.andrej.pl

 





Rss Facebook Twitter Digg Wykop
  Odsłon: 732

  • Spodoby, Hospody...

  • Wełyke Sławosłow'ja

  • Łytijni stychyry Uspeniju

  • Usnuła Maty Boża usnuła


Co najbardziej irytuje Cię w UKGK?